Golgota. Wchodzą na szczyt góry. Krzyż opada z zemdlałych ramion Pana. A oprawcy natychmiast przystępują do egzekucji, brutalnie z Jezusa zdzierają szaty. Zupełnie. I oto nagi staje przed tłumem Ten, który wszystko odziewa, który każdemu zwierzęciu daje ochronę. On najświętszy, najniewinniejszy, nago stoi przed ludźmi. Jakiż to ból dla Niego. Bóg cierpi za grzechy ludzi. Jezus zadość czyni za grzechy nieczystości.

Za moje grzechy? Czy odważyłbym się kiedyś taki grzech popełnić? O Panie nie, raczej śmierć. Jezu daj mi łaskę, bym nigdy grzechu tego nie popełnił. Udziel mi cnoty czystości. Strzeż jej Panie!

Chrystusa przybijają do krzyża. Ponura okrutna scena. Wśród ciszy Golgoty jak strasznym echem odbijają się te ciosy młota w sercach ludzkich. Przebijają  ręce, nogi. I gwoździe. Wisi na nich Jezus ponad ziemią. Wywyższony. Ale ile Mu boleści sprawiają. Jak ranią, jak palą…

Życie kapłana winno być ukrzyżowaniem. Powinien ukrzyżować, przybić wolę swą gwoździem posłuszeństwa, ciało-gwoździem czystości, mienie-gwoździem ubóstwa. Przez to oderwie się od ziemi. Przez to bliżej do nieba przyjdzie, choć mu to będzie ból, trudności, umartwianie sprawiało…

Jezus wisi na krzyżu. W środku między łotrami. Jakby największy łotr. Ramiona rozciągnął szeroko. Jakby ziemię całą chciał nimi objąć. A gdy zawisnę między niebem a ziemią, pociągnę wszystko za sobą. Pociągnij mnie Panie w Twoje ramiona. Utul, przytul mnie Panie do Twych piersi, do serca Twego. Niech miłość i pokora przejdzie w serce moje, jak papier przytknięty do oliwy.

(Rozważania na tle Ewangelii, 6 IV 1933 r. [fragm.], bł. ks. Stefan Wincenty Frelichowski)