Cierpienie pociąga mnie coraz bardziej. Pragnienie to prawie przewyższa tęsknotę za niebem, która przecież jest we mnie tak potężna. Jeszcze nigdy Bóg nie dał mi tak wielkiego zrozumienia, że boleść jest największą rękojmią miłości, jaką Bóg może dać stworzeniu. Za każdym nowym cierpieniem całuję krzyż Mistrza, szepcząc Mu: Dzięki, nie jestem godna. Myślę bowiem, że cierpienie było nieodłącznym Jego towarzyszem przez całe życie, a ja nie zasługuję, by Ojciec Niebieski i ze mną postępował podobnie.

Po tym poznać możemy, iż Bóg jest w nas i miłość Jego nami owładnęła, jeśli nie tylko z cierpliwością, lecz z wdzięcznością przyjmujemy przeciwności i cierpienia. By do tego dojść, trzeba wpatrywać się w Ukrzyżowanego z miłości. Taka kontemplacja, o ile jest prawdziwa, doprowadza niezawodnie do umiłowania cierpienia. Droga mamo! W świetle tryskającym z krzyża przyjmuj wszelkie doświadczenia, każdą przeciwność, każdą przykrość. W ten sposób podobamy się Bogu i postępujemy na drogach miłości. Podziękuj Mu za mnie, czuję się tak bardzo, bardzo szczęśliwa! Pragnęłabym udzielić nieco z mojego szczęścia tym, których kocham. Wyznaczam ci spotkanie w cieniu krzyża, by tam nauczyć się sztuki cierpienia.

(List do matki, 18 lipca 1906 r. [fragm.], bł. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej)