Gdy mowa o świętych, oczy nasze spoglądają w górę, w niebo, gdzie widzą przez światło wiary rzesze przyjaciół Bożych, kochających i kochanych, nieskończenie szczęśliwych widzeniem Boga i wzajemnym współżyciem przy Jego stole (Por. Łk 12,37; 22,30) razem ze swym Królem, Jezusem Chrystusem i razem ze swą Królową, Maryją. W niebie są wszyscy świętymi, bo tam nic skalanego nie wejdzie (por. Ap 21,27), są pełni Boga i we wszystkich Bóg sobie podoba i ma ich zapisanych w księdze żywota (por. Dn 12,1; Flp 4,3; Ap 3,5; 21,27).

Lecz nie wszyscy w wiecznym weselu i pokoju mieszkający mają ten jakby dyplom świętości, wystawiony tu na ziemi przez Kościół. Są to ci jedynie, którzy tu na ziemi, przeszedłszy przez wiele utrapień, zostawili niezbite dowody swych cnót i wytrwania w łasce, których życie uwieńczone cnotami heroicznymi Kościół w surowym i bezwzględnym procesie uznał i podał jako wzór do naśladowania, których głos Boga, przemawiający cudami, zdziałanymi przez ich pośrednictwo, potwierdził w świętości, a wreszcie Kościół przez usta Namiestnika Chrystusowego ogłosił, że są świętymi i przyznał im szczególniejszą cześć i chwałę. O tych świętych szczególniej myślimy, gdy mowa o świętych, w nich możemy wychwalać Boga i Jego dzieła, ich możemy wzywać i przykłady ich cnót bezpiecznie naśladować.

Są również święci na ziemi, lecz ci, póki żyją, nie noszą aureoli świetlanej na głowie, noszą natomiast koronę cierniową umartwienia Jezusowego (por. 2 Kor 4,8) i krzyż Jego najświętszy dźwigają (…) są deptani i prześladowani, ćwiczeni w ogniu utrapienia; kochają Boga i bliźnich, lecz dzieła swoje ukrywają, aby nie wiedziała lewica, co czyni prawica (por. Mt 6,3). Wzdychaniem, modlitwą, ofiarą i dziełami miłości wznoszą się przez wiarę do nieba, do swych braci królujących, zdobywając królestwo Boże dla siebie i dla bliźnich. Kościół cieszy się z nich i chlubi nimi, lecz nie wystawia im dyplomu świętości, bo jeszcze nie wytrwali do końca.

Są wreszcie święci, których imiona są już zapisane w księdze żywota, którzy już z tego świata odeszli, do królestwa jednak nie weszli. To dusze w czyśćcu, święci, którzy jeszcze długi mają do spłacenia. Ci płaczą i wzdychają za ojczyzną i Bogiem, jak więźniowie, którzy pewni są wolności, lecz po spłaceniu kary lub po odsiedzeniu więzienia. Mili są oni Bogu i mili Kościołowi, miłują Boga i miłują swych braci na ziemi, lecz nie mogąc się stawić w niebie ze skazą kary, czekają z miłością, aż ich sprawiedliwość Boga w ogniu czyśćcowym oczyści.

Pewna i pocieszająca jest prawda, że te trzy zrzeszenia świętych, przyjaciół Boga, nie stanowią trzech odrębnych królestw, lecz jedno królestwo, którego Chrystus jest Głową (…). Miłość Boża łączy te na pozór rozdzielone członki w jedną Bożą rodzinę, obcującą i pomagającą sobie nawzajem, miłość bowiem nigdy nie umiera ani ze śmiercią nie zmienia swojej natury (…).

Łączność miłości, jaka istniej między niebem, ziemią i czyśćcem, zapewniająca Bogu chwałę, świętym cześć należną, duszom w czyśćcu wybawienie, wiernym na ziemi pomoc i wytrwanie, nazywa się „świętych obcowaniem”.

(O wzorach życia duchowego, czyli o świętych, Głos Karmelu 1930 r. [fragm.], o. Anzelm od św. Andrzeja Corsini)