Pragnęła przy mnie umrzeć i żebym ja ją ubrała, toteż się tak stało, bo umierała w niedzielę, co ja czas miała. (…)

Powoli gasło życie w niej. Wiele szczegółów pomijam, bo o tym zeznają jej spowiednicy, jak też co do tego adwokata i tej służby co ją tak wyrzucili jak troszkę śmieci na łopatce wyrzuca się. Na 4 dni przed jej śmiercią zabrali ją do stowarzyszenia św. Zyty — do szpitalika, gdyż nieustannie opieki już potrzebowała. W niedzielę raniutko  zaglądam do niej i mówią mi że już jest umierająca. Zaglądam do niej i widzę, że umiera. Jej życzenia się spełniły. Doczekała się nareszcie.

Pragnęła umrzeć na wzór Pana Jezusa — opuszczona, to też mając krewnych i przyjaciół dużo, wszyscy ją opuścili. W oczach miała łzy i nie patrzała nic. Chore obok niej leżące mi mówiły, że w nocy rozmawiała z Matką Najświętszą w te słowa: „Przyszłaś Matuchno Niepokalana, przyszłaś odwiedzić swoje dzieci”; a po raniutkiej Komunii św. te słowa mówiąc: „Co to za łaska Boża, że Bóg do człowieka przychodzi”. O godzinie 4 po południu odeszła na wakacje niebieskie.

Napisałam tak niestarannie ale proszę mi wybaczyć moje błędy bo w nocy piszę, a zresztą taka ja nie umiem inaczej.

(Wspomnienia o Anieli Salawie, 20.01.1930 r. [fragm.], Anna Pachacz)