Wprawdzie Maryja widziała duchem bezmiar cierpień Jezusa, ale gdy otrzymała potwierdzenie tego z ust Jana [który był naocznym świadkiem katuszy zadawanych w czasie procesu i skazania], nie mogła opanować dłużej swej tęsknoty i zażądała, by zaprowadzono Ją w pobliże cierpiącego Jezusa. To samo pragnienie wyraziła też Magdalena, z boleści prawie odchodząca od zmysłów, a także kilka innych świętych niewiast. Jan, który tylko dlatego [chwilowo] odszedł od swego Boskiego Mistrza, aby pocieszyć Tę, która po Jezusie była mu najbliższa, natychmiast ofiarował się z gotowością zaprowadzenia ich. Zasłoniwszy twarze, wyszły w towarzystwie Jana na ulicę. Magdalena szła obok innych chwiejnym krokiem, załamując ręce. Na ulicy ruch był dość duży, bo powracano właśnie z Syjonu, od Kajfasza. Ta skupiona gromadka niewiast, wybuchających od czasu do czasu lamentem, zwracała na siebie uwagę przechodniów. Domyślano się, kto to jest, więc wrogowie Jezusa – przechodząc obok nich i umyślnie się zbliżając – lżyli Go głośno, pomnażając i odnawiając ból świętych niewiast. Najświętsza Panna, najbardziej trapiona smutkiem, cierpiała wewnętrznie razem z Jezusem, ale jak On milczała i ukrywała starannie boleść w swym sercu. Szła teraz cicho, zbolała, podtrzymywana rękami świętych niewiast (…)

Na równi z Jezusem odczuła też Ona kolejne cierpienie Syna – oto wyparł się Go uczeń, jeden z pierwszych powołanych, ten, który pierwszy uznał Go za Syna Bożego żywego. Usłyszawszy wyznanie Piotra, osunęła się zemdlona. Odzyskawszy przytomność, zapragnęła znaleźć się nie tylko duchem, także fizycznie jak najbliżej Syna. Jan podprowadził Ją i niewiasty aż pod więzienie Jezusa. Tam usłyszała bolesne westchnienia Syna, ale zarazem usłyszała też obelgi miotane przez otaczających Go siepaczy. Cała grupka najbliższych Jezusowi osób nie mogła tu długo pozostać bez zwrócenia na siebie uwagi. Zwłaszcza Magdalena nie była w stanie stłumić w sobie gwałtownych odruchów cierpienia.

Najświętsza Panna nawet w najwyższej boleści umiała zachować w swej świętej postaci umiarkowanie i spokój,  biła z Niej nadziemska powaga i godność, ale mimo to poznano Ją. Do Jej uszu dochodziły raniące słowa: „Czy nie jest to Matka Galilejczyka? Jej Syn musi pójść na krzyż; ale zapewne nie przed Paschą, chyba że rzeczywiście okaże się wyjątkowym przestępcą i zbrodniarzem”. Kierowana nadprzyrodzoną intuicją Maryja udała się na miejsce, gdzie Jezus wyznał, że jest Synem Bożym i gdzie wołano: „Winien jest śmierci!”. Tam cierpienie Jej tak się wzmogło, że wyglądała jak konająca. Wnet jednak opanowała swój ból i udała się w drogę powrotną do domu. Gawiedź zamilkła i rozstępowała się, urzeczona Jej widokiem i pełną godności postawą. Zdawało się, że to duch czysty, nieskalany, przechodzi pośród piekła.

Nieco później ukryta z Magdaleną i Janem w zakątku jednej z hal forum, Najświętsza Panna przypatrywała się całej rozprawie przed Piłatem, cierpiąc niewypowiedzianie. Gdy wiedziono Go do Heroda (…), prosiła Jana i Magdalenę, by oprowadzili Ją po całej drodze cierpień, którą odbył Jej Boski Syn, począwszy od pojmania. Na wielu miejscach, gdzie Jezus najwięcej znosił katuszy i udręczeń, przystawali, pogrążając się w smutnej zadumie nad Jego cierpieniami. W miejscach, gdzie Jezus upadał, także Matka Najświętsza padała na kolana i całowała ziemię, której dotykało Jego święte Ciało. Magdalena łamała ręce z boleści. Jan rzewnie płakał, ale troskliwie podnosił z ziemi przepełnioną smutkiem Matkę i znowu szli dalej.

(Życie Marii Magdaleny opowiedziane przez . Annę Katarzynę Emmerich, [fragm.] opr. ks. Krzysztof Stola)