Byłem dziś na pogrzebie magistra humanistyki, przyjaciela Bertiniego, turyńskiego korespondenta gazety „Nazione”. Umarł na suchoty w szpitalu San Luigi i zobaczyłem go dziś, zanim go ułożyli w trumnie. Był w pożałowania godnym stanie. Nie mogłem pozostać w pokoju dłużej niż przez dwie minuty, bo już niemal dokonał się rozkład ciała, dłuższe przebywanie tam było niemożliwe. Ale ten widok był dla mnie zbawienny.

Zastanowiłem się i pomyślałem, że i ja za kilka lat będę w takim stanie, ja też będę budził współczucie pomieszane z odrazą, a jednak czasem dawałem ponosić się ambicjom. Po co? Przecież śmierć, ta wielka tajemnica, ona jedyna sprawiedliwa, bo nie baczy na niczyją osobę, rozprzęgnie moje ciało i w krótkim czasie w proch je zetrze. Ale oprócz ciała materialnego jest jeszcze dusza, której winniśmy poświęcić wszystkie nasze siły, aby mogła stanąć przed Najwyższym Trybunałem bez winy, albo przynajmniej z winami małymi, tak, aby po odbyciu kilku lat pokuty w czyśćcu mogła pójść ku pokojowi wiecznemu.

Ale jak i kiedy przygotować się do tego wielkiego Przejścia? Skoro nie wie się, kiedy śmierć po nas przyjdzie, bardzo roztropne jest, żeby się w każdym dniu gotować na śmierć w tym właśnie dniu. Odtąd więc będę się starał wszystkie moje dni czynić małym przygotowaniem na śmierć, abym się nie znalazł nie przygotowany w momencie śmierci i nie musiał opłakiwać pięknych lat młodości jałowych w sensie duchowym.

(List do Antonia Villaniego, 19.07.1923 r. [fragm.], bł. Pier Giorgio Frassati)