Droga mała Teresko,

miałem siedemnaście lat, kiedy przeczytałem Twoją autobiografię. Był to dla mnie prawdziwy wstrząs. „Wiosenne dzieje białego kwiatka” – tak ją określiłaś. Mnie się wydawała historią „stalowej sztaby” dla siły woli, odwagi i decyzji, jakie z niej biły. Gdy raz wybrałaś drogę całkowitego oddania się Bogu, nic Cię już na niej nie zatrzymało: ani choroba, ani przeszkody zewnętrzne, ani trudności i ciemności wewnętrzne.

Przypomniałem to sobie, kiedy przewożono mnie do sanatorium, w czasach gdy penicylina i antybiotyki nie były jeszcze odkryte, a ciężko choremu wróżono bliższą lub dalszą śmierć.

Wstydziłem się, że odczuwam nieco strachu: „Teresę, gdy miała 23 lata, dotychczas zdrową, pełną życia — mówiłem sobie — ogarnęła radość i nadzieja, kiedy poczuła podchodzący do ust pierwszy krwotok. Co więcej, umniejszając swoje cierpienia wyjednała pozwolenie ukończenia postu o chlebie i wodzie, a ty drżysz ze strachu? Jesteś kapłanem, oprzytomnij, nie rób z siebie głupca!”

Gdy czytałem Cię na nowo z okazji setnej rocznicy Twych urodzin, uderzył mnie z kolei sposób, w jaki kochałaś Boga i bliźniego. Święty Augustyn napisał: „Idziemy do Boga nie drogą, lecz miłością”. I Ty także nazywałaś swoją drogę „drogą miłości”. Chrystus powiedział: Nikt nie może przyjść do mnie, jeśli go nie pociągnie Ojciec, który mnie posłał. W całkowitej zgodzie z tymi słowami Ty czułaś się jak „mała ptaszyna bez sił i bez skrzydeł”; w Bogu zaś widziałaś orła, który zniżał się, by unieść Cię wysoko na swych skrzydłach. Nazywałaś łaskę Bożą „windą”, która Cię wznosiła ku Bogu szybko i bez utrudzenia, gdy Ty byłaś „za mała, by wejść na strome stopnie doskonałości”.

„Bez utrudzenia” — zrozumiejmy się dobrze: to pod jednym względem, ale pod drugim… Oto Twoje ostatnie miesiące; dusza Twa kroczy czymś w rodzaju ciemnego tunelu, nie widzi nic z tego, co przedtem widziała tak wyraźnie. „Wiara dla mnie — piszesz — nie jest już nawet zasłoną, to mur!” Cierpienia fizyczne są tak wielkie, że wyrywa Ci się: „Gdybym nie miała wiary, zadałabym sobie śmierć”. Mimo to nieustannie powtarzałaś swoją wolę Bogu, że Go kochasz: „Śpiewam o szczęściu Nieba, ale nie czuję radości; śpiewam po prostu to, w co chcę wierzyć”. Ostatnie Twoje słowa były: „Boże mój, kocham Cię!”

Miłosiernej miłości Boga oddałaś się jako ofiara. Nie przeszkadzało Ci to cieszyć się rzeczami pięknymi i dobrymi: przed zapadnięciem na ostatnią chorobę z radością malowałaś, pisałaś wiersze i obrazki sceniczne o treści religijnej, grałaś w nich role z subtelnym wyczuciem aktorskim. Podczas ostatniej choroby, w jakimś momencie polepszenia, poprosiłaś o ciastko czekoladowe. Nie przerażały Cię własne niedoskonałości, nawet to, że czasem zasypiałaś ze zmęczenia w czasie medytacji („dzieci podobają się matkom także wtedy, kiedy śpią!”).

Kochając bliźnich, starałaś się oddawać im  drobne przysługi, pożyteczne, lecz niezauważalne, wybierając, jeśli to możliwe, osoby, które Cię męczyły i nie rozumiały. W ich twarzach, niezbyt może miłych, szukałaś umiłowanego oblicza Chrystusa. Nie dostrzegano tego Twojego wysiłku i starania. „O ile jest pobożna w kaplicy i w pracy — pisała o Tobie przełożona — o tyle wesoła i pełna pomysłów, aż nas rozśmiesza, podczas rekreacji”.

Te kilka zdań, które skreśliłem, są dalekie od tego, by zawrzeć całość Twojego przesłania do chrześcijan. Wystarczą jednak, by wytyczyć pewne wskazówki dla nas.

Prawdziwa miłość Boga łączy się z mocną decyzją, ponawianą w razie potrzeby.(…)

Trochę wojowniczości i ducha ryzyka nie szkodzi w miłości Boga. Miałaś je: nie na darmo wyczuwałaś w Joannie d’Arc swoją „towarzyszkę broni”.

W Napoju miłosnym Donizettiego wystarczy „ukradkowa łza” Adiny, by uspokoić i uszczęśliwić zakochanego Nemorina. Bóg nie zadowala się ukradkowymi łzami. Łza podoba Mu się o tyle, o ile odpowiada jej wewnętrzna decyzja woli. Podobnie jest z innymi rzeczami zewnętrznymi: podobają się Panu, jeśli odpowiada im miłość serca. Post religijny wyniszczył twarze faryzeuszy, ale Chrystusowi nie podobały się one, bo serce ich było daleko od Boga. Ty napisałaś: „Miłość nie ma polegać na uczuciach, ale na uczynkach”. Dodałaś jednak: „Bóg nie potrzebuje naszych dzieł, lecz jedynie naszej miłości”. Doskonale powiedziane!

Kochając Boga można kochać mnóstwo innych rzeczy. Pod jednym warunkiem: że niczego nie będzie się kochać wbrew ani ponad, ani w takim stopniu jak Boga. Innymi słowy: miłość Boga nie ma być wyłączna, lecz najważniejsza, w każdym razie jako wartość.

Pewnego dnia Jakub zakochał się w Racheli; aby ją otrzymać, służył przez siedem lat, a wydały mu się one – mówi Biblia – jak dni kilka, bo bardzo Rachelę miłował, i Bóg nie miał mu nic do zarzucenia, przeciwnie, pochwalił i błogosławił.

Co innego kropić święconą wodą i błogosławić wszystkie miłości tego świata. Chociaż usiłują to robić dziś pewni teologowie, którzy pod wpływem teorii Freuda, Kinseya i Marcuse’a zachwalają „nową moralność seksualną”. Jeśli chrześcijanie nie chcą zamieszania i wyludnienia, zamiast tych teologów powinni słuchać Magisterium Kościoła, które obdarzone jest szczególną łaską zachowania nietkniętej nauki Chrystusa i przystosowania jej odpowiednio do nowych czasów.

Szukać oblicza Chrystusa w twarzy bliźniego to jedyne kryterium gwarantujące nam, że będziemy kochać naprawdę wszystkich, przezwyciężając antypatie, ideologie i prymitywną filantropię.(…)

Kto naprawdę kocha Chrystusa, nie może odmówić miłości ludziom, którzy są Jego braćmi. Nawet jeśli są brzydcy, źli i nudni, miłość powinna ich choć trochę przemienić.

Miłość okazywana w drobiazgach. Często jedyna możliwa. Nie miałem nigdy okazji, by rzucić się w nurty rzeki dla ratowania tonącego; często za to proszono mnie o pożyczenie czegoś, napisanie listu, udzielenie zwykłych i prostych wskazań. Nie spotkałem nigdy na swej drodze wściekłego psa, ale często natrętne muchy i komary; nigdy prześladowców; nie obili mnie kijami, ale jakże często spotykałem osoby, które przeszkadzały mi głośną rozmową w podróży, nastawionym na pełny regulator telewizorem, a choćby i chlipaniem zupy.

Pomóc, ile można, nie denerwować się, być wyrozumiałym, zachować spokój i uśmiech (jak najwięcej!) w tych okolicznościach to kochać bliźniego bez retoryki, ale w sposób konkretny. Chrystus często praktykował taką miłość. Ileż cierpliwości w znoszeniu sporów, jakie powstawały między Apostołami! Jaka troskliwość w zachęcie i pochwale! „Tak wielkiej wiary nie znalazłem nawet w Izraelu” – powiedział o setniku i niewieście kananejskiej. „Wyście wytrwali przy mnie w moich przeciwnościach” – powie Apostołom. A raz poprosił Piotra o pożyczenie Mu łodzi.

„Panem wspaniałomyślnym” – nazwie Go Dante. Umiał postawić się w położeniu innych, cierpiał z nimi. Ochraniał, bronił grzeszników nie tylko im przebaczał, jak Zacheuszowi, jawnogrzesznicy, Magdalenie.

Ty w Lisieux, szłaś w Jego ślady; i my powinniśmy czynić podobnie w świecie.(…) Teresko, miłość, jaką kochałaś Boga (i bliźniego z miłości dla Boga), była Go naprawdę godna. Taka też powinna być i nasza miłość: ogień żywiący się wszystkim, co w nas jest wielkie i piękne; rezygnacja z wszystkiego, co w nas jest buntem; zwycięstwo, które unosi nas na swoich skrzydłach i składa jako dar u stóp Boga.

(Dziennik, czerwiec 1973 [fragm.], sł. Boży Jan Paweł I)