Następnego dnia po naszym przybyciu do Alba [de Tormes], [św. Teresa od Jezusa] była tak bardzo wycieńczona, że lekarze obawiali się przez chwilę, że tego nie przeżyje: wielka ofiara dla mnie, tym większa ponieważ muszę pozostać na tym świecie. Ponieważ, poza miłością jaką ją darzyłam i jaką ona miała dla mnie, jej towarzystwo było dla mnie źródłem jeszcze jednej wielkiej pociechy: prawie nieustannie widziałam Jezusa Chrystusa w jej duszy i sposób w jaki On był z nią zjednoczony, tak jakby była [jej dusza] Jego niebem. Ta wiedza napełniła mnie głębokim szacunkiem, takim jaki powinno się odczuwać w obecności Boga.

Naprawdę, było czymś niebiańskim służyć jej, a największą dla mnie torturą było widzieć jak cierpi. Spędziłam z nią około czternastu lat. Zaraz po tym jak wstąpiłam, aby przyjąć habit, wzięła mnie do swojej celi i przez resztę jej życia zawsze byłam przy niej, wyłączając jedynie podróż do Sewilli; kiedy z powodu choroby (…) pozostałam w Avila. A tych czternaście lat wydaje mi się krótsze niż jeden dzień.

Święta, ze swojej strony, była tak przyzwyczajona do moich ubogich i niezręcznych usług, że nie mogła obejść się beze mnie. Okazała to ona bardzo wyraźnie w następujących okolicznościach: W wigilię dnia w którym miała wyruszyć na wizytację swoich klasztorów, rozchorowałam się i miałam gorączkę. Nie nadawałam się zupełnie do podróży. Powiedziała mi: „Nie niepokój się, moje dziecko! Wydam tutaj polecenia, aby wysłano cię do mnie tak szybko, jak tylko gorączka cię opuści”. Jednak o północy, kiedy wysłała jedną z zakonnic żeby zapytała jak się mam, spostrzegłam, że zostałam uwolniona od gorączki. Święta wstała z łóżka, przyszła do mnie i powiedziała: „To prawda, córko, nie masz już więcej żadnej gorączki; z łatwością podejmiemy tę podróż. Mam nadzieję, że tak będzie i polecę tę sprawę Bogu”. I tak się właśnie stało — wyruszyłyśmy o świcie.

Przez pięć dni poprzedzających jej śmierć w Alba, byłam bardziej martwa niż żywa.  Na dwa dni przed jej śmiercią, powiedziała do mnie raz, gdy byłyśmy same: „Moje dziecko, godzina mojej śmieci właśnie nadeszła”. Kuło to moje serce wciąż bardziej i bardziej. Nie odstępowałam jej ani na chwilę. Błagałam siostry, żeby przynosiły do mnie wszystko, czego może potrzebować. Dawałam to jej. Miała ona pociechę widząc, że mogę jej coś dać.

W dniu jej śmierci nie była w stanie mówić od wczesnego ranka: wieczorem Ojciec który ją odwiedzał (Ojciec Antonii od Jezusa, jeden z dwóch pierwszych Karmelitów Bosych) polecił mi, żebym poszła coś zjeść. Jednak zaledwie zdążyłam się oddalić, a Święta stała się niespokojna; w tym zaniepokojeniu spoglądała na lewo i na prawo. Ojciec zapytał jej, czy życzy sobie, żebym była obok. Gestami odpowiedziała że tak. Zawołali mnie; W pośpiechu wróciłam. Jak tylko mnie zobaczyła, uśmiechnęła się do mnie, okazała mi tak wielką łaskawość i uczucie, że złapała mnie obydwoma rękami i położyła swoją głowę na moim ramieniu. Trzymałam ją tak w ramionach aż do czasu jak zgasła, będąc bardziej martwą niż sama Święta; gdyż, co do niej, była ona tak rozpalona miłością dla jej Małżonka, że wzdychała za momentem opuszczenia ciała, by być z Nim.

Jako że Nasz Pan jest tak dobry i widział jak niewiele miałam cierpliwości by nieść ten krzyż, ukazał się mi u stóp łóżka na którym spoczywała Święta w całym Swoim Majestacie, w towarzystwie Jego błogosławionych, którzy przyszli powitać jej duszę. Ta chwalebna wizja trwała przez długość Credo, dając mi czas bym mogła zamienić swój ból i żałość na wielkie wyrzeczenie, by prosić Pana o wybaczenie i powiedzieć Mu: „Mój Panie, nawet gdyby Wasz Majestat chciał pozostawić ją dla mojej pociechy, prosiłabym Ciebie, teraz, kiedy byłam świadkiem Twojej chwały, żebyś nie zostawiał jej ani na chwilę dłużej na tym wygnaniu”. Zaledwie wymówiłam te słowa, a ona zgasła; i ta błogosławiona dusza poszybowała jak gołębica, by radować się posiadaniem jej Boga.

(Autobiografia [fragm.], bł. Anna od św. Bartłomieja)