Odkąd pojęłam, że sama z siebie nic działać nie mogę, przestałam uważać, że powierzone mi zadanie jest trudne, poczułam, że muszę tylko jednoczyć się coraz mocniej z Jezusem, a reszta mi będzie przydana (por. Łk 10,41-42; Mt 6,33). (…)

Z oddali bowiem wspieranie dusz, pobudzanie ich do większej miłości Boga, kształtowanie ich według tego, jak On patrzy i myśli – to wszystko wygląda całkiem różowo. Lecz kiedy spojrzy się na to z bliska, to okazuje się, że jest dokładnie na odwrót, różowe barwy gdzieś znikają i ogarnia nas przekonanie, że czynić dobrze jest rzeczą równie niemożliwą, co nakazać słońcu, aby świeciło nocą….. Czujemy instynktownie, że trzeba całkowicie zapomnieć o własnych upodobaniach, o własnych koncepcjach, i prowadzić dusze tędy, którędy chce prowadzić je Jezus, nie próbując narzucać im naszej ścieżki.

Lecz nie to jeszcze jest najtrudniejsze, najwięcej kosztuje mnie baczenie na uchybienia, na najmniejszą niedoskonałość, i wydawanie temu walki na śmierć i życie. Odkąd jestem w ramionach Jezusa, postępuję niczym strażnik obserwujący wroga z najwyższej wieży warownego zamku; chciałam prawie powiedzieć: na nieszczęście dla mnie (lecz nie, to byłoby tchórzostwem), więc mówię: na szczęście dla moich sióstr. Nic nie uchodzi moim oczom; często dziwię się, że widzę rzeczy tak jasno. Rozumiem też, że prorok Jonasz wolał raczej uciec aniżeli obwieszczać zniszczenie Niniwy (Jon 1,2-3). Ja też wolałabym tysiąckrotnie przyjmować zarzuty aniżeli czynić je innym, lecz czuję, że to cierpienie jest rzeczą konieczną, jeśli bowiem powodujemy się jedynie odruchami natury, to komuś, komu chcemy uświadomić uchybienia, bardzo trudno będzie zrozumieć swój błąd. Gdyż powie sobie tak: Siostra odpowiedzialna za nowicjat ma po prostu zły humor i wszystko pada na mnie; a ja chcę przecież najlepiej!

Wiem dobrze, że twoje owieczki uważają mnie za surową. Gdyby czytały te słowa, to uznałyby pewnie, że wcale mnie nie kosztuje biegać za nimi, zwracać im uwagę surowym tonem, piętnując brud na ich pięknym runie, lub przynosić kłębek rozdartej przez nieuwagę wełny, zostawiony na cierniach przy drodze. Owieczki mogą sobie mówić, co chcą; w gruncie rzeczy czują, że je kocham prawdziwie, że nigdy nie postąpię jak najemnik, który na widok wilka zostawia stado i ucieka. Jestem gotowa oddać za nie życie, ale moje przywiązanie jest tak czyste, że nie pragnę, by o nim wiedziały. Nigdy, za łaską Jezusa, nie starałam się zdobyć ich serca, zrozumiałam, że moją misją jest prowadzić je do Boga i uświadomić im, że jesteś, Matko, na ziemi widzialnym Jezusem, którego winny kochać i szanować.

(Rękopis C [fragm.], św. Teresa od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza)